75. Lol.
Szczerze, to nie sądziłam, że tu jeszcze cokolwiek napiszę. Przerwę miałam długą że okurcze, a notka poniższa... będzie chyba pożegnaniem z tym kawałkiem sieci.
Bo. To nie jest tak, że ja tfożenie wywodów porzuciłam na dobre. Nie, pisałam je tylko z dala od bloga. Tutaj - straciłam serce.
Bredzę/ bzdurzę/ brzmię pretensjonalnie/ wymyślam?
Co u mnie. A ze skrajności w skrajność. Przeżyłam dwa straszne pogrzeby, przeszłam iks kryzysów wszelkiej możliwej maści i rodzaju, zawiodłam się na ludziach, zuo i niedobro.
Z drugiej strony jednakowoż. Mam dowód osobisty, kolejne świadectwo z paskiem, kogoś, komu mogę się zawsze wygadać, uwielbiam angielski i nawet maturę rozszerzoną z niego zdawać planuję, ale to wszystko i tak blednie w zestawieniu z wrześniem. Bo - ludu - ja. Byłam. W końcu. Za. Granicą. I to gdzie, w Japonii, psze szanownych. Chodziłam po japońskiej ziemi, nocą po tych ogromnych miastach, jeździłam tokijskim metrem, jadłam takie true japońskie sushi (i mnóstwo innych dań), kupiłam japońskie płyty Dir en grey, rozmawiałam z Japończykami (najczęściej używając dziwacznej mieszanki angielskiego i japońskiego, bo oni w ingliszu to "średnio" ze wskazaniem na "prawie wcale"), a dwóch nawet przytulałam i w ogóle och i ach, za długo by rozprawiać. Oczarowanam tym krajem żem. Japończykami też. Oni mi się naprawdę podobają!
Ale od czasu rzeczonego wyjazdu moje uwielbienie dla tego kraju apogeum dopiero osiągnęło, mwahaha!
A w sklepie z płytami w Tokyo widziałam Bryanowe Unplugged, gdybym już tego nie miała, to też bym se zakupiła.
Nic to. Do może kiedyś gdzieś spotkania. No chyba że ktoś bardzo tęskni, to na maila się dobijać: moja-opowiesc(małpa)blog.pl.
M
2008-11-03 22:25:21
skomentuj (1)
74. Fotostory...
Najsampoczątek, najlepszego na Wielkanoc.
Różnicy nie czuję dalej. Albo jestem totalnie tępa i nie rozumiem o co chodzi z tą osiemnastką, albo tej różnicy faktycznie nie ma.
Prawdziwe obchody były dopiero w środę wśród ludzi z drugiej de. Było sympatycznie. Nawet bardzo. Pomijając fakt, że zanim tort z prawdopodobnie błędnym napisem kroić się dobrze nauczyłam, to wszyscy swoje już dostali. Nic to, potem na moje ręce zostały złożone wspominane już płytki Mistrza, które obecnie są jednym ze skarbów mych największych. Po nocach śniły mi się już może z rok temu. Wymagały jedynie drobnej wymiany pudełek, bo widać było, że szły z daleka. Zgodnie z zapowiedzią pewnej póki co niedoszłej perkusistki, kartka moja miała być najmroczniejsza, jaką się tylko znaleźć dało, a inna osoba stwierdziła natomiast, że zawsze taką dostać chciała, więc pełna złych przeczuć otworzyłam kopertę. I, kurcze, faktycznie mroczna była. Mrok się rozwiał nieco po zajrzeniu w środek, no i zostałam brutalnie uświadomiona, że chociaż nie czuję tego, to się starzeję. Tak czy inaczej – zielone "Merry Christmas" mnie ciągle śmieszy okrutnie tak samo jak życzenia wolnego rozrostu wątroby i jak najdłużej swoich zębów. Oprócz tego, ścianę obrzydliwie niebieską mą zdobi antyrama z życzeniami wszystkiego japońskiego i kolażem z różnych fotek. Powiem tylko tyle, że okoliczności robienia pewnej ich części nie kojarzę zupełnie, a jedno, ze mną w jednej z ról głównych, z miejsca skojarzyło mi się z tym, tylko że mam tam trochę głupszą minę niż ten pan z fioletową czupryną. No i gwóźdź programu, który zresztą w moje łapki trafił we wtorek, portrecik DaiDaia, który stoi na mym parapecie, centralnie naprzeciwko mnie i napawam się tym cudem. Zdolne bestie w klasie mam, nie?
A jak zaniosłam tort anglistce, to życzyła mi dalszego rozwijania moich zdolności językowych. *duma, duma*
Było zatem wery najs, bo urodziny miały być najgorsze, były jedne z najlepszych, ale z drugiej strony po paru osobach spodziewałam się czegoś więcej. Albo inaczej – czegoś drobnego. Nie jest mi przykro ani nic z tych rzeczy, bo to wszystko przyćmiły dziewczyny me kochane, ciekawam za to, czy rzeczone osoby sobie sprawę z tego zdają. Znając życie – robię sobie tylko głupią na to nadzieję.
Bajdełej, M twierdzi, że mam jakieś specjalne względy, bo mi życzenia złożyli wszyscy menszczyźni. A to się nie wszystkim dziewczęciom u nas zdarzało. Mam się czuć zaszczycona?
Poza tym, niedawno odkryłam że bardzo lubię chodzić do kościoła. Jest coś niesamowitego w tym "bracia i siostry", w tym, że wszyscy wierzymy w to samo, znamy słowa tych samych modlitw i mówimy je wspólnie chórem. Właściwie to nawrócenie przeżywam od mniej więcej pół roku dzięki Asi i mam straszną ochotę na taką rozmowę egzystencjalną.
A Stasiek Wokulski też był gejem. Podwalał się do niego Ochocki, a jemu to się podobało. A jak go Ochocki ostatecznie olał, to przeszedł etap zoofilii. Kocham te lektury szkolne, co lepsze fragmenty sobie pozaznaczałam.
Póki co, uczę się Kyogrisha. Wan dai, ai will fuck yo parentsu! Foocha. Joł.
¯ Dir en grey - "Clever sleazoid"; darcie mordy, nie każdemu pasuje. Typowy przykład Kyogrisha w dodatku. Ale nikt tak pięknie mordy jak Kyo nie drze, o.
M
2008-03-23 16:40:30
skomentuj (12)
73. 18 til I die!
A zatem, psze państwa, M doczekała się urodzin swych osiemnastych. Doczekała to może nie do końca odpowiednie słowo, bo wyczekiwane jakoś specjalnie nie były. Po prostu kolejny rok się dopisuje.
Naprawdę nie czuję jakiejś szczególnej różnicy, ale może to tylko moje wrażenie. Zwykle potrzebuję trochę czasu, żeby zajarzyć o co w niektórych sprawach chodzi, taka jestem, cóż.
W pełnoletność (bo za Chiny a nawet Japonię nie dorosłość) wchodzę jako:
- sfiksowane na punkcie Japonii dziewczę,
- niedoszłe emo,
- gitarzystka niepraktykującego zespołu o wdzięcznej nazwie Psychodeliczne koty, choć inaczej się to pisze,
- obsesyjna fanka slashy,
- ktoś, kto według Asi zawsze potrafi wywołać uśmiech na twarzy,
- fangirl Die'a i Kaoru,
- głosofilka,
- początkująca fanka Bollywood,
- zakochana w językach obcych, ingliszu szczególnie, licealistka,
- bardzo niezdecydowana licealistka mająca też ambicje dostać się na japonistykę,
- zadeklarowana mieszkanka Domu Węża,
- i kochająca wkręcać ludzi półgrafomanka z mrocznymi fascynacjami (bo czasem muszę wiedzieć jak ludzie na różne historyjki zareagują, żeby opisać to potem).
Optymistycznym akcentem, że o mały włos nie złamałam palca, kończymy dzisiejsze wydanie.
PS. Dałam dla Asi do przeczytania 'Puste miejsce' - to już druga osoba, która mówi mi, że Akirę odebrała właśnie tak, jakim chciałam go stworzyć. Moja tfurcza część duszy została bardzo mile połechtana.
M
2008-03-15 23:48:29
skomentuj (2)
Ten przecudnej urody szablon zrobiłam ja osobiście tylko dla siebie i z nikim się nie podzielę. Obrazki znalazłam tutaj, próbując któregoś dnia przejrzeć cały Internet. Ci sympatyczni panowie należą do Dir en grey. Nawet nie próbuj mojego dzieua kopiować, bo nogi powyrywam. Wiadomo skąd.
Najlepiej przeglądać w jedynej słusznej przeglądarce, Firefoxie, w rozdzielczości 1024x768. W innych jednakowoż też działać powinno.